RSS
środa, 12 czerwca 2013
Jak to z immunitetami było

/tekst przygotowany dla portalu NaTemat/

Podczas jednego dnia, 11 czerwca 2013 r. Parlament Europejski rozpatrywał aż dwa wnioski o uchylenie immunitetu polskim posłom. Jednemu posłowi uchylono immunitet, drugiemu nie. Dlaczego? Warto to wyjaśnić, bo w blogosferze pojawiają się różne interpretacje, a nawet insynuacje. Często formułują je osoby, które nie mają zielonego pojęcia o procedurach, obowiązujących w Parlamencie Europejskim.

Parlament uchylił immunitet posła Jacka Kurskiego. Polska prokuratura zarzuca posłowi, że skręcił w lewo z naruszeniem pionowego znaku drogowego B-21 („zakaz skrętu w lewo”) oraz poziomego znaku drogowego P-4 (podwójna linia ciągła).

W tym przypadku zarówno zainteresowany poseł, jak i Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego opowiedziały się za uchyleniem immunitetu. Poseł Kurski napisał w mailu do kolegów posłów: "zrzekam się immunitetu posła do Parlamentu Europejskiego i proszę o głosowanie za jego uchyleniem". W projekcie decyzji Parlamentu Europejskiego zapisano z kolei, że "zarzucany czyn nie ma bezpośredniego, oczywistego związku z wykonywaniem przez Jacka Olgierda Kurskiego mandatu posła do Parlamentu Europejskiego ani nie stanowi opinii lub stanowiska zajętego przezeń w głosowaniu w czasie wykonywania obowiązków służbowych posła do Parlamentu Europejskiego". Sprawa ta jest jednocześnie kolejnym dowodem na to, że ochrona immunitetowa w Polsce jest zbyt szeroka.

Paradoksalnie, ale w przypadku poseł Małgorzaty Handzlik sytuacja była podobna od strony formalnej, choć dokładnie odwrotna w sensie skutków podjętej decyzji. Komisja Prawna i pani poseł byli przeciwni uchyleniu immunitetu. Poseł Handzlik zarzucano złożenie w Parlamencie Europejskim wniosku o zwrot kosztów udziału w kursie językowym, mimo że w tym kursie nie brała udziału.

Komisja Prawna stwierdziła: Okoliczności, w których sprawa przeciwko Małgorzacie Handzlik była rozpatrywana, mając na uwadze /.../ niepewny status i pochodzenie materiału dowodowego, wzbudziły poważne wątpliwości dotyczące procedury. Można by zatem przyjąć, że zachodzi w tej sprawie przypadek fumus persecutionis. Czytelnikom należy się wyjaśnienie co to jest fumus persecutionis? Chodzi o pewność ochrony immunitetowej. W tej konkretnej sytuacji poseł sprawozdawca doszedł do wniosku, że istnieją poważne przyczyny, aby uznać, że zarzuty przeciwko poseł Małgorzacie Handzlik zostały postawione przez przeciwnika politycznego i że ich podstawowym motywem była chęć zaszkodzenia jej działalności jako posłowi. Nawiasem mówiąc, z tego samego powodu w 2009 r. nie uchylono immunitetu Markowi Siwcowi.

Poseł Handzlik napisała w oświadczeniu: Nigdy nie uczestniczyłam w kursie języka hiszpańskiego, nigdy nie domagałam się zwrotu kosztów uczestnictwa /.../, nigdy też żadne środki z tego tytułu nie wpłynęły na moje konto, toteż budżet Parlamentu Europejskiego ani żadnej innej instytucji nie został uszczuplony bezpodstawnie...

Warto zauważyć, że w kwestii ochrony immunitetowej Parlament Europejski wypracował trwałą tradycją. Zawsze popiera wnioski Komisji Prawnej. I tak było tym razem.

środa, 29 maja 2013
Dostęp do leków

Tekst mojego wystąpienia na konferencji pt. Access to medicines:what should the industry contribute? /współorganizowanej przez European Federation of Pharmaceutical Industries and Associations/, 29 maja 2013 w Brukseli.

Thank you and welcome. It is a pleasure to welcome such a distinguished panel and I am glad to have the opportunity to speak alongside these panelists.

There have been many innovative and groundbreaking achievements in global public health since the start of this century. This has been largely due to the increased and timely delivery of medicines and vaccines to populations around the world, particularly in the developing world. European investment in global health is saving lives. Funding at the European level has directly resulted in over 5 million children being vaccinated against measles, 5000 new health centres have been built, 750,000 people have received anti-retroviral treatment and over 7 million people have received a bed net in the developing world.

However regardless of past successes, the fact remains that 90% of people in poor and under developed countries are not covered by public or private insurance schemes and must therefore pay for their medicines out of their own pocket. In poor countries, medicines can account for as much as 80% of a family's spending on health. In these circumstances an illness in the family can bring economic devastation. The cost of treatment for chronic diseases is particularly unaffordable because of the need for lifelong treatment which is very difficult for those who only have short-term financial resources.

To illustrate how international efforts help, consider that despite the global economic downturn, two major advances in financing essential medicines occurred in 2011. In September 2011, the Global Alliance for Vaccines and Immunisation (GAVI) announced that it will provide significant new and additional funding to introduce a variety of vaccination programmes. A total of 37 new beneficiary countries will now receive these vaccination programmes of which 24 are inAfrica. This development has been made possible through major public and private donations pledged to GAVI in June 2011, and the expansion of its vaccination programmes is planned in the near future. Secondly, the Global Fund, created in 2002, had become the main source of funding for programmes to combat HIV, tuberculosis and malaria. To date, programmes supported by the Global Fund have saved an estimated 7.7 million lives by providing HIV treatment for 3.3 million people, anti-tuberculosis treatment for 8.6 million people, and insecticide-treated nets for the prevention of malaria to 230 million people. However, as a result of the global economic downturn, in late 2011, the Global Fund Board reassessed earlier financial forecasts and set up a Transitional Funding Mechanism designed to support Global Fund programmes that may face significant programme disruption of essential services and programmes. The Global Fund is forecast to have $1.6 billion in additional funds available as a result to disburse between 2012 and 2014; not least as a result of the Bill & Melinda Gates Foundation and the issuance of a promissory note for $750 million in order to strengthen its finances. These two examples illustrate how channeling resources into the health sector generates immediate results.

Finally. remember that the World Health Organisation states that almost 80 percent of deaths from chronic diseases like diabetes, heart disease and cancer occur in low and middle-income countries. With this in mind it is of paramount importance that we, as policy makers, continue to work to foster an environment that will allow countries to exit this recurring tragedy, and when we consider a framework or strategy for the developing world that we work to involve commercial pharmaceutical enterprise and also indigenous smaller business as well as the governments of those countries.

A recent UN report on progress toward the Millennium Development Goals finds that despite a greater focus on health issues by the international community, little progress has been seen in achieving better access to essential medicines. Essential medicines remain unaffordable and insufficiently accessible to the poor. International initiatives will continue to help increase the supply of affordable medicines but other developments must also happen for a long term viable solution and in this regard the pharmaceutical industry has a large role to play. Local production of medicines in developing countries can reduce production costs. This will depend on enhancing the capacity of these countries and being more flexible in trade arrangements, but will also I feel depend on how we can encourage the pharmaceutical industry to take a lead in tackling this issue in these regions of the world. As such the co-operative inclusion and participation of developing countries and the pharmaceutical industry generally will be critical in strengthening the global partnership to increase access to essential medicines.

I think we can have an interesting and insightful discussion about the issues we face today and what the next steps should be when we look for, among other things, increased strategic co-operation across all levels.

Thank you.

 

 

 

 

17:39, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 kwietnia 2013
Gospodarka, głupcze!

/Tekst napisany dla Głosu Biznesu/

Polska polityka jest bardzo odległa od kwestii kluczowych dla rozwoju. Stosunkowo rzadko prowadzimy czy słyszymy debaty na tematy gospodarcze. Znacznie więcej jest heppeningów, żartów czy histerii. W Unii Europejskiej jest pod tym względem znacznie lepiej. Europa zdaje sobie sprawę, że jej przyszłość nie zależy od emocjonalnych dyskusji, tylko od konkurencyjności, zdolności do szybkich i skutecznych zmian.

Kryzys jeszcze wzmocnił zaangażowanie w sprawy gospodarcze. Wszyscy wiedzą, że inne kwestie trzeba odłożyć na później i skoncentrować się na wzmocnieniu gospodarki. W wielu krajach UE sytuacja jest tak trudna, że generuje silne protesty społeczne. Obywatele nie wiedzą, jak rozwiązać wiele problemów, ale oczekują, że politycy zaproponują coś odpowiedzialnego i akceptowalnego.

Na poziomie regionalnym czy lokalnym między innymi w Wielkopolsce sytuacja wygląda podobnie jak w Warszawie. Przeglądając media lokalne, można odnieść wrażenie, że sprawy gospodarcze są mało istotne dla dziennikarzy i publiczności. Dobre wieści z życia gospodarczego bardzo rzadko pojawiają się w mediach, bo dziennikarze boją się podejrzenia o kryptoreklamę. Złe wiadomości “sprzedają” się lepiej, ale zaburzają też prawdziwy obraz sytuacji w gospodarce. Biznes przedstawiany w aurze skandalu, nadużyć czy oszustw, nie odzwierciedla przecież tego, jak naprawdę wygląda życie gospodarcze.

 Komisarz Viviane Reding mówi, że wspólny rynek to klejnot w koronie Unii Europejskiej. Zgadzam się z tym. Choć jednocześnie trzeba przypominać, że wiele jeszcze warto zrobić. 9 na 10 europejskich firm nieczego nie eksportuje. Dlaczego? Gdyż nadal jest zbyt dużo barier handlowych. Z badań wynika, że gdyby udało się je zlikwidować, to PKB UE wzrósłby od 2 do 14%. Jak widać - między ekspertami są spore różnice, ale nawet wzrost o 2% jest wart naszych zabiegów.

Nie mam żadnych wątpliwości, iż warto rozwijać wspólny rynek. Na przykład gdyby udało się wprowadzić jednolite przepisy dla rynku cyfrowego, to zdaniem konsultatów, wartość obrotów wzrosłaby w tym sektorze /do roku 2020/ o 120 miliardów euro. Dzięki wspólnemu rynkowi od 1992 r. ceny biletów lotniczych spadły w UE o 40%. Udało się też obniżyć koszty roamingu. A tego typu koszty bywają bolesne. Byłem niedawno w Chorwacji. Koszt transferu danych na telefon komórkowy wyniósł ponad 220 złotych netto w ciągu …jednego dnia.

 W Unii Europejskiej panuje powszechna zgoda, co do tego, że zbudowanie wspólnego rynku jest jednym z największych sukcesów integracji. Inne regiony na świecie zazdroszczą nam tego sukcesu i próbują nas naśladować. Żadna z tych prób nie jest tak udana, jak model europejski. Jest jednak coś, o co warto się pokusić – przekonać polskich dziennikarzy i polityków, aby więcej swych talentów, czasu i energii poświęcali sprawom gospodarczym. I to zarówno na poziomie krajowym, jak i w samej Wielkopolsce.

 W końcu czas uświadomić sobie, że większość aktualnych w Polsce sporów politycznych nie wpływa ani na jakość życia, ani nie pomnaża dobrobytu i nie ogranicza ubóstwa. Prawdy nie można po prostu włożyć do przysłowiowego garnka. Nie jestem wrogiem poszukiwania prawdy. Ona jest ważna, ale nasza uwaga powinna być bardziej zrównoważona. Powinniśmy bardziej dbać o przedsiębiorczość, konkurencyjność, o elminowanie barier w handlu i wprowadzanie ułatwień dla tych, którzy tworzą nowe miejsca pracy.

22:03, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
Białoruś: Dialog UE z narodem

/tekst napisany dla portalu naTemat/

Unia Europejska zapowiada poszerzenie dialogu ze społeczeństwem białoruskim. Ze społeczeństwem, bo dialog z władzą, bez spełnienia przez nią pewnych warunków, nie wchodzi w grę.

Ta zapowiedź to efekt poważnego impasu w oficjalnych stosunkach UE z władzami w Mińsku, jaki trwa od kilku lat. Odpowiedzią na taki stan jest „Europejski Dialog na Rzecz Modernizacji ze Społeczeństwem Białoruskim”, w ramach którego przedstawiciele Unii pracują z białoruską opozycją i niezależnymi ekspertami. W ramach przedsięwzięcia grupy robocze przygotowują projekty reform politycznych, gospodarczych, społecznych i prawnych. Europejski Dialog ma służyć, przede wszystkim, wypracowaniu jasnej wizji reform na rzecz nowoczesnej i demokratycznej Białorusi. Instrument ma także na celu pomoc w przekazaniu białoruskim partnerom praktycznych doświadczeń z transformacji państw członkowskich UE. Taki zestaw dokumentów trzeba mieć gotowy w przysłowiowej „szufladzie” na czas, kiedy nastaną demokratyczne zmiany. Polska zaś, stawiana jako wzór transformacji systemowej, ma sporo do zaoferowania ze swoich własnych doświadczeń.

Władze Białorusi na Dialog patrzą podejrzliwie, nie angażując się w niego. Bywało, że traktowały go wrogo, choć Dialog nie mówi o zmianie władzy. Obecnie ten stosunek się nieco zmienił. Pytanie tylko, czy dyskutować z przedstawicielami autorytarnych włądz, a jeśli tak, to pod jakimi warunkami? Czy modernizując Białoruś nie przyczyniamy się do legitymizacji panującego tam systemu, czy też go rozmiękczamy?

Białoruska opozycja w podejściu do ewentualnych rozmów z reżimem jest podzielona. Przypomina to trochę sytuację, którą mieliśmy w Polsce w czasie obrad Okrągłego Stołu. Część przedstawicieli takich jak np. Aleksander Milinkiewicz, opowiada się za rozmowami, zniesieniu sankcji przeciwko władzy, żeby nie odpychać kraju od Europy. Druga część, tak jak m.in. Anatol Labiedźka i Franak Viaczorka stawia na politykę bardziej twardą i są przeciw rozmowom z reprezentantami władz, którzy nie spełniają minimalnych warunków i ponoszą, według nich, odpowiedzialność za wzrost zagrożenia dla niepodległości kraju. Kandydat na prezydenta z 2010 r., Andrej Sannikau opowiada się wręcz za zerwaniem wszelkich stosunków Unii z reżimem, aż do momentu zwolnienia i rehabilitacji więźniów politycznych.

W Polsce podejście pierwsze okazało się bardziej skuteczne, w Afryce Północnej do zmian doprowadziła burzliwa arabska wiosna. Co okaże się skuteczniejsze w przypadku Białorusi, jeszcze nie wiemy. Ważne, by po ewentualnej zmianie sterów, ktoś kto je przejmie miał gotowe projekty, by nie musiał tracić czasu na zastanawianie i dyskusję, w którym kierunku jego kraj powinien podążać. Dlatego robimy to już teraz w ramach Europejskiego Dialogu rzecz Modernizacji Białorusi.

Podczas konferencji EPP na temat „Europejskiego Dialogu na Rzecz Modernizacji ze Społeczeństwem Białoruskim”, panowała generalnie zgoda co do tego, że, aby dialog z władzą mógł się odbywać, musi dojść do zwolnienia więźniów politycznych oraz ich całkowitego uniewinnienia. Powinniśmy być stanowczy, ale i też otwarci. Nie możemy jako Unia, zamykać się na rozmowy i, jak postuluje Aleksander Milinkiewicz, oddawać Białoruś na wyłączne wpływy Rosji.To, co Unia może zrobić już teraz, to zwiększenie dostępności wiz do strefy Schengen dla zwykłych obywateli Białorusi.

 

22:00, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 marca 2013
Czas skończyć pomaganie w inwigilacji białoruskiej opozycji!

/tekst przygotowany dla portalu naTemat/

Według raportu pt.„Belarus: Pulling the Plug” organizacji Index on Censorship, Białoruś jest jednym z najbardziej nieprzyjaznych miejsc na świece dla użytkowników Internetu. Z raportu wynika m.in., że reżim ogranicza wolność słowa w sieci poprzez filtrowanie treści, blokowanie dostępu do krytykujących władze Białorusi stron, inwigilowanie użytkowników i cyberataki na niezależne strony, w tym również zmienianie ich treści.

W raporcie czytamy, że władze Białorusi planują jeszcze większe nasilenie masowej kontroli obywateli w zakresie dostępu do Internetu. Rząd nastawia się głównie na rozwój specjalnego oprogramowania, które umożliwi śledzenie prawie wszystkich działań każdego użytkownika sieci. Europejskie firmy dostarczają sprzęt, który ułatwia inwigilację obywateli. Dzięki tym narzędziom na Białorusi było kilka fal aresztowań moderatorów internetowych społeczności i serwisów opozycyjnych. Dziennikarze i działacze, którzy wyrażają swoje opinie on-line stali się przedmiotem postępowania karnego o zniesławienie.

Dla przykładu, jak informuje raport, jedna ze znanych europejskich firm telekomunikacyjnych sprzedała sprzęt do białoruskich operatorów komórkowych. Mógł on zostać wykorzystany do śledzenia komunikacji mobilnej telefonów liderów opozycji i niezależnych dziennikarzy w Mińsku przed i podczas wydarzeń z dnia 19 grudnia 2010 roku, gdzie po demonstracji kilkaset osób zostało aresztowanych m.in. na podstawie udokumentowanej lokalizacji na pl. Październikowym ich telefonów komórkowych.

Raport powołuje się również na informację gazety „Die Zeit”, że niemiecka policja szkoliła białoruską milicję z obsługi Analyst's Notebook, narzędzia zaprojektowanego do monitoringu działalności grup terrorystycznych. Jak się okazało zostało ono wykorzystane do inwigilacji i represjonowania działaczy demokratycznych.

W związku z tym interweniowałem w Komisji Europejskiej, by wprowadzić rozwiązania zmierzające do ograniczenia lub zablokowania sprzedaży i dostarczania urządzeń i programów komputerowych, pochodzących z terenu Unii Europejskiej, mogących służyć do inwigilacji opozycji na Białorusi, filtrowania treści, blokowania dostępu do stron internetowych i prowadzenia cyberataków.

W odpowiedzi Komisja stwierdziła, że ograniczenie bądź zablokowanie sprzedaży czy dystrybucji takich urządzeń jest możliwe na podstawie decyzji, przyjętej w ramach wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Komisja jest zdania, że podjęcie takich działań wymaga jeszcze dokładnego zbadania danych zawartych w raporcie „Belarus: Pulling the Plug”, co uczyni wraz z Wysoką Przedstawiciel ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa.


Komisarz Karel de Gucht pisze, że w strategii bezpieczeństwa cybernetycznego Unii Europejskiej pojawiły się takie zapisy, które mogą ostatecznie doprowadzić do monitorowania wywozu produktów lub usług wykorzystanych do cenzury lub masowych kontroli za pośrednictwem internetu. Odpowiedź Komisji jest impulsem do działań, które mam nadzieję zakończą haniebny proceder wykorzystywania europejskich zdobyczy technologicznych do inwigilacji opozycji na Białorusi.

18:16, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2013
E-booki nie mogą być rarytasem, bo przestaniemy czytać w ogóle

/Tekst przygotowany dla portalu naTemat/

Ponad połowa Polaków w ogóle nie czyta. Sposobem na zmianę tej sytuacji mogłoby być obniżenie VAT na e-booki, czego nie przewiduje dyrektywa unijna. Trzy tygodnie temu informowałem o tym, że składam w tej sprawie interpelację do Komisji Europejskiej. Odpowiedź, jaką dostałem nie zadowala mnie i nie mam zamiaru odpuścić tej sprawy.

Trzy tygodnie temu, gdy skierowałem pytanie do Komisji Europejskiej, obiecałem miłośnikom książek, tych tradycyjnych, jak i elektronicznych, że jak tylko dostanę odpowiedź poinformuję o niej w blogu naTemat.


Odpowiedź przyszła. Wynika z niej, że Komisja dostrzega problem nierównowagi w opodatkowaniu VAT książek w wersji papierowej (tu VAT wynosi 5 proc.) i książek w wersji elektronicznej (23 proc). Jest on rezultatem traktowania sprzedaży e-booków jako sprzedaży usług. Państwa mogą stosować w przypadkach przewidzianych w prawie UE stawkę obniżoną VAT, m.in. na książki, ale traktowane jako towary. Natomiast taka możliwość nie dotyczy usług.Rzecz istotna - Komisja zapowiada reformę systemu działania podatku VAT i zajęcie się tym problemem. Jednakże co wynika wyraźnie z odpowiedzi, nie jest ona zdolna określić, na tym etapie, jakie konkretne rozwiązania zostaną przyjęte.


Odpowiedź taka zdecydowanie mnie nie satysfakcjonuje. Zdaję sobie sprawę, że ogólnoeuropejska reforma systemu VAT nie będzie łatwa. Komisja obawia się, że niektóre państwa mogą wykorzystywać Internet do tego, by podebrać innym państwom sprzedaż książek elektronicznych. To jednak niewystarczające argumenty, szczególnie w kontekście słabych wyników czytelnictwa i w dobie coraz większych wyzwań dotyczących ochrony środowiska naturalnego. Do tego trzeba zauważyć, że po taką książkę sięgają najczęściej uczniowie, studenci, a oni do bogatych nie należą.


Będę naciskał na Komisję we wszelki możliwy sposób, aby przyspieszyła pracę nad tym projektem i jak najszybciej przedstawiła konkretne rozwiązanie dla Europejczyków. Czytelnicy w całej Europie mają prawo do tańszych e-booków, a urzędnicy Komisji mają obowiązek proponowania takich rozwiązań, które będą życie obywatelom ułatwiać.

23:11, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
Wolny handel lekarstwem na kryzys?

/Tekst przygotowany dla portalu NaTemat/

Polskie autobusy na ulicach Nowego Jorku, polskie części do aut wykorzystywane w amerykańskich warsztatach samochodowych, polskie jachty pływające wzdłuż wybrzeży Kalifornii, polskie meble w amerykańskich salonach i polskie wyposażenie AGD w amerykańskiej kuchni. Z drugiej strony możliwość zakupu w Polsce bez cła amerykańskich aut, ubrań, komputerów i elektroniki. Brzmi nieprawdopodobnie? Porozumienie pomiędzy UE a USA w sprawie stworzenia strefy wolnego handlu może to zmienić.

USA były w 2011 roku dla Polski 15-tym partnerem w eksporcie oraz 9-tym w imporcie. Główne grupy towarowe w polskim eksporcie do USA obejmują: urządzenia elektryczne i mechaniczne (1,1 mld USD, udział 31%), pojazdy, statki powietrzne, jednostki pływające i ich elementy (0,5 mld USD, 13,2%), wyroby różne, w tym głównie meble (0,4 mld USD, 10,0%), produkty mineralne (0,3 mld USD, 8,6%). W imporcie z USA do Polski dominujące pozycje towarowe to: urządzenia elektryczne i mechaniczne (1,5 mld USD, udział 32%), wyroby przemysłu chemicznego (0,8 mld USD, 16%), przyrządy i aparaty optyczne (0,5 mld USD,11%), produkty mineralne (0,4 mld USD, 8,2%). Ograniczenie barier handlowych pomiędzy UE a USA może sprawić, że wymiana handlowa pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską znacząco się rozwinie.


Ma rację Adam Smith pisząc w „Bogactwie Narodów”: „To, co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, nie może być chyba szaleństwem w życiu wielkiego królestwa. Jeżeli obcy kraj chce nas zaopatrzyć w jakiś towar taniej, niż my sami możemy to uczynić, lepiej ów towar nabyć za jakąś część wyrobów naszego własnego przemysłu, który z kolei produkuje to, w czym my mamy przewagę nad innymi krajami”. W dobie obecnego kryzysu stwierdzenie Smitha jest równie aktualne jak kilkaset lat temu.


Powyższą prawdę przypomnieli sobie liderzy światowej polityki. Dziś Wielkie Imperium Brytyjskie już nie istnieje. Obecnie największą światową gospodarką jest Unia Europejska, a zaraz po niej Stany Zjednoczone. Jak widać kryzys może mieć też pozytywne skutki, bo skłania do myślenia i motywuje działania.

Wspólne oświadczenie prezydenta USA Baracka Obamy, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuy’a i przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso wywołało falę optymizmu po obu stronach Atlantyku. Porozumienie, jeśli dojdzie do skutku, będzie przełomem nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia, ale również politycznego.


Przewodniczący Barroso słusznie zauważył, że porozumienie w tej sprawie będzie oznaczać utworzenie największej na świecie strefy wolnego handlu. Ożywienie handlowe między dwiema największymi gospodarkami świata może przynieść ogromne korzyści, od pobudzenia wzrostu gospodarczego, po spadek cen, bezrobocia i zadłużenia państw członkowskich Zjednoczonej Europy. Niezwykle istotne znaczenie w nowym porozumieniu będzie miała nie tyle redukcja ceł, co ograniczenie pozacelnych barier handlowych oraz harmonizacji regulacji i standardów, np. bezpieczeństwa żywności czy testów produktów farmaceutycznych. Wiadomo już, że najtrudniejsze rozmowy będą na temat rolnictwa, a w szczególności na temat GMO.

Nie będą to łatwe negocjacje. Według optymistów potrwają do 2014 r., ale trzeba działać szybko, bo jak radził laureat ekonomicznej nagrody Nobla Milton Friedman, odrodzą się obrońcy status quo. Zwolennicy protekcjonizmu, producenci podający pseudoargumenty o „nieuczciwej konkurencji”. Jeszcze jeden głos będzie ważny. Głos konsumenta. Będzie on konkurował z głosami grup, dbających o interes przemysłu czy pracowników. Ponownie odwołam się do Adama Smitha, gdyż opisał to bardzo celnie: „W każdym kraju interes wielkiej masy ludzi polega i musi na tym polegać - aby kupowali rzeczy potrzebne od tych, którzy je sprzedają najtaniej. Twierdzenie to jest tak oczywiste, że śmieszna wydaje się konieczność jego udowadniania. (...) pod tym względem interes kupców i fabrykantów przeciwstawia się bezpośrednio interesom wielkich mas ludności”.


Czy warto utrzymywać bariery handlowe i ograniczać dostęp produktów amerykańskich do naszego rynku w imię protekcjonizmu? Pamiętajmy, że to nie bariery ograniczające import przyczyniają się do „być, albo nie być” polskiego producenta. Każdy z nas codziennie, dokonując zakupów, wybiera produkt polski lub importowany i to my konsumenci w akcie wyboru decydujemy o sukcesie lub porażce rynkowej dóbr lub usług, kierując się ich ceną i jakością.

Gdy wybuchnie dyskusja polityczna wokół powstania strefy wolnego handlu pomiędzy UE a USA pamiętajmy również, że Stany Zjednoczone są największym rynkiem importowym świata (wartość amerykańskiego importu, zgodnie ze statystykami udostępnianymi przez U.S. Bureau of Economic Analysis, ogółem na koniec grudnia 2011 r. wynosiła 227.6 miliardów USD). Polska znajduje się na 51 miejscu na liście krajów eksportujących towary na amerykański rynek. Ograniczenie barier handlowych może spowodować, że polscy producenci oferujący relatywnie tanie i dobre jakościowo produkty czy usługi mają szansę na wykrojenie z tego tortu o wiele większego kawałka niż obecnie.

 

23:02, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lutego 2013
Nie ma co narzekać

  /tekst przygotowany dla Instytutu Obywatelskiego/

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę w Kiszyniowie był mural. Cała szczytowa ściana budynku na drodze z lotniska do centrum zamalowana została olbrzymim graffiti, w którym dominującym elementem było słowo SOLIDARNOŚĆ. Tak, po polsku. Zmusiło mnie to do refleksji o kraju, w którym kiedyś królowie Polski mieli wiele do powiedzenia. Zacząłem więc porównywać Mołdawię do Polski.

Lubimy narzekać na nasze położenie. Najtrafniej opisuje to Andrzej Mleczko w rysunku, w którym Bóg mówi „A Polakom zrobimy kawał i umieścimy ich między Niemcami a Rosją”. A co ma powiedzieć Mołdawia? Część mieszkańców (ich liczba rośnie) chciałaby przyłączenia do Rumunii. Lewy brzeg Dniestru – z nieuznawanym dyplomatycznie Naddniestrzem – jest praktycznie pod kontrolą i kuratelą Rosji. Mołdawia nie ma też dostępu do morza. Tylko dzięki umowie z Ukrainą uzyskała skraweczek linii brzegowej Morza Czarnego – o ile dobrze pamiętam jest to… 400 metrów. Na dodatek port, który tam działa, musi ostro konkurować z rumuńskimi „kuzynami”.

Polska opozycja często podnosi lament, że z powodów ekonomicznych wyjechało z Polski ponad milion osób. Sporo, to prawda, ale w porównaniu z Mołdawią to… pikuś! Mołdawia też ma milionową diasporę. I to wcale nie w Rumunii, jakby mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Celem migracyjnym są przede wszystkim Włochy i Rosja. Skala zjawiska jest tak duża, że przekazy pieniężne od rodaków z zagranicy stanowią 25 proc. mołdawskiego PKB.

Warto przy tym pokazać proporcje. Populacja Mołdawii to zaledwie 3,5 miliona obywateli, a ponad pół miliona ma jednocześnie paszport rumuński. Dlatego właśnie dyplomaci pracujący w Kiszyniowie mówią, że jeżeli Europa nie przyjdzie do Mołdawii – na przykład poprzez ułatwienia wizowe – to Mołdawia przyjdzie do Europy. Dosłownie.

Nie ma wątpliwość, że mamy Polskę A i Polskę B. Mamy też chyba dość szeroki, polityczny konsensus, że należy zmniejszać różnice między regionami. Wykorzystujemy do tego fundusze europejskie i tzw. janosikowe. W Mołdawii dysproporcje są jednak o wiele bardziej dramatyczne.

W czasach ZSRR Mołdawia była względnie bogata, bo produkowała warzywa, owoce i wino na wielki sowiecki rynek. Zdecydowana większość przemysłu ciężkiego została tymczasem zlokalizowana w Naddniestrzu. Włącznie z jedyną elektrownią, która dostarcza energię elektryczną do całej Mołdawii. W rezultacie już ponad 800 firm z Naddniestrza zarejestrowało się w Kiszyniowie, aby móc łatwiej eksportować swe produkty do Unii Europejskiej.

Polska wkłada dużo wysiłku, by zdywersyfikować źródła energii. Pracujemy nad możliwościami importu gazu płynnego, poszukujemy gazu łupkowego, planujemy budowę elektrowni atomowej, rozwijamy energetykę odnawialną i nadal korzystamy z węgla. Tymczasem pod względem bezpieczeństwa energetycznego sytuacja Mołdawii jest wprost tragiczna. Kilkanaście lat temu sprzedano większościowe udziały w największej mołdawskiej firmie gazowej. Nabywcą był Gazprom. Jedyna elektrownia (ta w Naddniestrzu) należy do kapitału rosyjskiego. Na dodatek Rosjanie dostarczają gaz do Naddniestrza za darmo, ale jego koszt dopisują do rachunków wystawianych Mołdawii. Władze w Kiszyniowie nie mają wielkiego pola manewru, bo na arenie międzynarodowej Naddniestrze jest traktowane jak część Republiki Mołdawii.

Warto podkreślić, że Mołdawia to jeden z najlepszych członków Partnerstwa Wschodniego. Według wielu obserwatorów jest nawet prymusem. Gdy porównamy sytuację Mołdawii do Polski, to nasze prawo do narzekania gwałtownie się kurczy. A może nawet w ogóle znika?

PS 13 lutego premier Mołdawii Vlad Filat ogłosił wyjście swego ugrupowania z koalicji rządzącej, oskarżając swych koalicjantów o „oligarchizację i kryminalizację państwa”. Sojusz trzech partii rządził zaledwie od września 2009 r.

Tagi
czwartek, 14 lutego 2013
E-booki nie mogą być rarytasem, bo przestaniemy czytać w ogóle.

 

/Tekst przygotowany dla portalu naTemat/

Ponad połowa Polaków w ogóle nie czyta. Sposobem na zmianę tej sytuacji mogłoby być obniżenie VAT na e-booki, czego nie przewiduje dyrektywa unijna. Trzy tygodnie temu informowałem o tym, że składam w tej sprawie interpelację do Komisji Europejskiej. Odpowiedź, jaką dostałem nie zadowala mnie i nie mam zamiaru odpuścić tej sprawy.

Trzy tygodnie temu, gdy skierowałem pytanie do Komisji Europejskiej, obiecałem miłośnikom książek, tych tradycyjnych, jak i elektronicznych, że jak tylko dostanę odpowiedź poinformuję o niej w blogu naTemat.


Odpowiedź przyszła. Wynika z niej, że Komisja dostrzega problem nierównowagi w opodatkowaniu VAT książek w wersji papierowej (tu VAT wynosi 5 proc.) i książek w wersji elektronicznej (23 proc). Jest on rezultatem traktowania sprzedaży e-booków jako sprzedaży usług. Państwa mogą stosować w przypadkach przewidzianych w prawie UE stawkę obniżoną VAT, m.in. na książki, ale traktowane jako towary. Natomiast taka możliwość nie dotyczy usług.


Rzecz istotna Komisja zapowiada reformę systemu działania podatku VAT i zajęcie się tym problemem. Jednakże co wynika wyraźnie z odpowiedzi, nie jest ona zdolna określić, na tym etapie, jakie konkretne rozwiązania zostaną przyjęte.


Odpowiedź taka zdecydowanie mnie nie satysfakcjonuje. Zdaję sobie sprawę, że ogólnoeuropejska reforma systemu VAT nie będzie łatwa. Komisja obawia się, że niektóre państwa mogą wykorzystywać Internet do tego, by podebrać innym państwom sprzedaż książek elektronicznych. To jednak niewystarczające argumenty, szczególnie w kontekście słabych wyników czytelnictwa i w dobie coraz większych wyzwań dotyczących ochrony środowiska naturalnego. Do tego trzeba zauważyć, że po taką książkę sięgają najczęściej uczniowie, studenci, a oni do bogatych nie należą.


Będę naciskał na Komisję we wszelki możliwy sposób, aby przyspieszyła pracę nad tym projektem i jak najszybciej przedstawiła konkretne rozwiązanie dla Europejczyków. Czytelnicy w całej Europie mają prawo do tańszych e-booków, a urzędnicy Komisji mają obowiązek proponowania takich rozwiązań, które będą życie obywatelom ułatwiać.

środa, 30 stycznia 2013
Polska, Mali – wspólna sprawa.

/Tekst przygotowany dla Instytutu Obywatelskiego/

Rząd podjął decyzję o udziale Polski w misji szkoleniowej w Mali. Nie wywołało to w Polsce wielkiej dyskusji. Niektórzy wzruszają tylko ramionami. Po prostu nie wiedzą, co o tym myśleć.  Media pasjonują się raczej tym, co robili rodzice i dziadkowie czołowych polskich dziennikarzy.  A jednak jest to sprawa ważna i rząd podjął słuszną decyzję. Dlaczego?

Od dawna powtarzam, że jeżeli chcemy odgrywać w Unii Europejskiej rolę istotnego „gracza”, to nie możemy ograniczać się wyłącznie do zaangażowania w sprawy, gdzie mamy bezpośrednie interesy. Wszyscy w Europie doskonale wiedzą dlaczego walczymy o Wspólną Politykę Rolną, politykę spójności, kwestie energetyczne czy politykę wschodnią. Nie ma w tym nic złego. Nie powinniśmy jednak wpaść w rolę „dyżurnego egoisty”. To obniżyłoby naszą skuteczność w obszarach, na których nam zależy.

Polska często odwołuje się do pojęcia solidarności. A wartość ta jest prawdziwa tylko wtedy, gdy jest dwukierunkowa. W tym przypadku nie będziemy biorcą, tylko dawcą. Wprawdzie rozmowy o misji szkoleniowej rozpoczęły się przed interwencją francuską, ale sama interwencja tylko wzmocniła argumenty za polskim uczestnictwem w misji. Co więcej – winniśmy okazać solidarność nie tylko Francji, ale również Mali. Trzeba przypomnieć, że nasz udział w europejskich funduszach, przeznaczonych na wsparcie najbiedniejszych krajów świata, nie jest imponujący – w DCI /Development Cooperation Instrument/ to 3, 1%, a w jedenastym EDF /European Development Fund / tylko 2,01%. Skoro nie jesteśmy mistrzami wsparcia finansowego, to okażmy chociaż naszą pomoc polityczną i merytoryczną.

Mali to państwo, które warto ratować przed upadkiem, przed rozpadem, przed ekstremalnymi islamistami, niszczącymi kulturę, której nie ogarniają i nie akceptują. Dżihadziści tuż przed ich wyparciem z Timbuktu spalili i obrabowali bibliotekę Ahmed Baba, w której zgromadzono największy na Saharze zbiór manuskryptów. Najstarsze z nich pochodzą z XIII wieku. Problem polega na tym, że dla radykałów wszystko, co nie jest Koranem nie ma żadnej wartości. Dżihadziści walczyli też z kulturą muzyczną, z której Mali jest znane na całym świecie. Do dziś wspominam świetny koncert Rokia Traore, który uświetnił otwarcie zmodernizowanej Sali Wielkiej w poznańskim Zamku. Na północy Mali, opanowanej przez islamistów, muzyka jest rugowana.

Obojętność Polaków w tej sprawie wynika częściowo z niewiedzy. Związki Mali z Polski nie są powszechnie znane, a wiedza o tym kraju słaba. Nawet na portalu „Gazety Wyborczej” napisano, że Timbuktu jest stolicą /naprawdę jest nią Bamako/.  Tymczasem były wieloletni prezydent Mali - Alpha Oumar Konare /prezydent w latach 1992-2002/ jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie obronił pracę doktorską w 1975. Z drugiej strony jednym z najbardziej znanych Polaków jest tam Henryk Kasperczak, który w latach 2001-2002 był selekcjonerem reprezentacji Mali w piłce nożnej. A dyscyplina ta jest tam wyjątkowo popularna. W Bamako jest betonowy pomnik …..piłki nożnej. Wielu polskich naukowców prowadziło badania w Mali – między innymi prof. Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu - Ryszard Vorbrich.

Posłowie z Mali od wielu lat są też jednymi z najbardziej aktywnych uczestników Wspólnego Zgromadzenia Parlamentarnego AKP-UE /Afryka, Karaiby, Pacyfik – Unia Europejska/. Nie zawsze się z nimi zgadzam, ale nie mam wątpliwości, że najbardziej wpływowym politykiem francuskojęzycznej Afryki w Zgromadzeniu AKP-UE, jest Assarid Ag Imbarcaouane. Assarid, nie zostawimy Mali!

 
1 , 2 , 3 , 4