RSS
czwartek, 27 października 2011
W rocznicę Szafranowej Rewolucji

Cztery lata temu dyktatura wojskowa Birmy udowodniła, jak daleko może się posunąć, aby utrzymać się przy władzy. Kiedy reżim wysłał wojska do buddyjskich klasztorów w całym kraju, aby zaaresztować i pobić mnichów podejrzanych o udział w protestach, stało się jasne, że wszystko jest już dozwolone. Nic nie pozostało święte.

W przeciągu ostatnich kilku miesięcy jednakże wydawało się, że rząd Birmy przeszedł do tzw. ofensywy wdzięku, przekonując, że sytuacja się polepsza, co zdążyło obudzić pewne nadzieje zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Mogę jedynie być dobrej myśli, że ta optymistyczna wizja okaże się prawdziwa,  wziąwszy pod uwagę, że w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat kraj ten wycierpiał dużo więcej niż mógłby na to zasługiwać. Z drugiej strony jednak, jakże trudno jest uwierzyć rządowi, który kłamał tak wiele razy i w tak otwarty sposób.

Wiele gestów uczynionych ostatnio przez birmański rząd mogłoby zostać odebranych pozytywnie. Rozpisanie wyborów po raz pierwszy od 1990 roku, zainicjowanie dialogu z liderką opozycji Aung San Suu Kyi, zezwolenie na powrót do kraju Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (MKCK) i zagranicznych osobistości ze świata polityki itd. Są to niewątpliwie małe kroki zmierzające w dobrym kierunku. Niemniej jednak, jeśli spojrzeć wstecz na długie dzieje kraju, wydarzenia te zaczynają wyglądać dużo mniej optymistycznie, jako że pojawiały się już przedtem.

W roku 1990 birmańska junta sądziła, że może zorganizować wybory,  które wymazałyby pamięć o „Powstaniu 8888” i dałyby jej nowy mandat w ramach zreformowanej dyktatury. Zamiast tego wybory wygrała z ogromną przewagą Suu Kyi i jej Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD). Wyniki wyborów zostały jednak całkowicie zignorowane, choć nadzieje na ich wprowadzenie w życie nadal nie umarły. Tym razem Than Shwa i wojskowa junta wykazały się większą ostrożnością. Tuż przed wyborami zadbali o to, aby Suu Kyi znalazła się w areszcie domowym oraz wprowadzili prawo zaprojektowane w taki sposób, aby utrzymać ją oraz setki aktywnych liderów społeczeństwa obywatelskiego z dala od urn wyborczych. W wyborach, które w oczywisty sposób  zostały sfałszowane, takie działania stanowiły jedynie wisienkę na torcie.

Wybory z listopada 2010 roku mogą ostatecznie stanowić pewien krok w stronę demokracji, lecz jak na razie reprezentują one raczej kolejny przykład tego, że demokracja nie ma żadnego sensu bez instytucji i rządów prawa. Bo jakżeby mogła, jeśli Partia Komunistyczna miałaby prawo określać, którzy dysydenci i partie polityczne mogą brać udział w wyborach? W lutym 1989 roku, kiedy rozpoczęły się obrady przy okrągłym stole, nie było do końca jasne, do jakiego stopnia Solidarność będzie się w owym czasie liczyła przy wzajemnych ustępstwach, lecz dyskusje do niczego by nie doprowadziły, gdyby chciano ją z góry wykluczyć.

Prawo birmańskie dotyczące partii politycznych oraz niezarejestrowanych organizacji społeczeństwa obywatelskiego zawarte w konstytucji z 2008 roku musi zostać zmienione, aby zezwolić na działanie niezależnych grup politycznych i społecznych. Byłby to znacznie większy krok we właściwym kierunku.

Szafranowa Rewolucja była największą demonstracją społecznego niezadowolenia w Birmie w ciągu ostatnich niemal 20 lat i spowodowała dziesiątki ofiar śmiertelnych oraz tysiące zatrzymanych jako więźniowie polityczni. Polska, tak jak i inne kraje byłego bloku państw komunistycznych w Europie, mogłaby zostać oskarżona o podobną sytuację w latach 80-tych. Czy ktokolwiek jednak traktowałby dziś te państwa jako prawdziwie demokratyczne gdyby tacy ludzie, jak Lech Wałęsa czy Vaclav Havel byli zamknięci w więzieniach za swoje działania opozycyjne? W czasach komunizmu tak niewiele było potrzeba, aby zostać zatrzymanym, zastraszonym czy zaaresztowanym.

W roku 2007, w przeddzień Szafranowej Rewolucji, w Birmie przebywało w aresztach około 1000 więźniów politycznych, w tym bardzo wielu skazanych. Od czasów Szafranowej Rewolucji liczba ta została podwojona, z czego najostrzejsze wyroki zapadły wobec tzw. „wielokrotnych przestępców”, czyli liderów studentów z rocznika 88’ i z partii NLD. Jeśli tacy ludzie dostawaliby wyroki 60 lat i więcej w czasie stanu wojennego, jaki miałoby to wpływ na polską drogę do demokracji?

Rząd Birmy musi wypuścić wszystkich swoich więźniów politycznych. W czasie aktualnej ofensywy wdzięku żaden z liczących się więźniów politycznych nie został wypuszczony. Za zamkniętymi drzwiami zostały złożone pewne obietnice, że niektórzy mogą zostać niedługo zwolnieni. Ilu oraz kto dokładnie zostanie wypuszczony zadecyduje o tym, czy świat w końcu uwierzy, że w tym kraju zachodzą rzeczywiste zmiany.

Kiedy w 2007 roku w Birmie zaczynały kiełkować podobne przemiany, zostały one gwałtownie i brutalnie stłumione. W kraju tym tkwi potencjał zmian, lecz głupotą byłoby pozwolenie na to, aby rząd zyskał przychylność wspólnoty międzynarodowej, kiedy tak naprawdę na nią sobie nie zapracował. Rocznice to zawsze dobra okazja, aby zastanowić się nad wydarzeniami, które w największym stopniu uczyniły nas tym, czym jesteśmy jako państwo. Cztery lata temu wieści dochodzące z Birmy dotyczyły tysięcy buddyjskich mnichów i birmańskich obywateli przejmujących w pokojowy sposób ulice i szukających zmian na lepsze. Jeśli wspólnota międzynarodowa zbyt łatwo odpuści rządowi Birmy, sprzeniewierzy się w ten sposób wysiłkom, jakie czyniliśmy, aby nadać sens demokracji.

16:05, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2011
Gazeta Wmawiająca?

Co oznacza GW?

Dziennikarze poznańskiej "Gazety Wyborczej" wmawiają mi, że w marcu zapowiadałem, że poważnie zastanowię się nad referendum w sprawie odwołania prezydenta Ryszarda Grobelnego. To nie jest prawda, to manipulacja. A naprawdę było tak - nie wypowiadałem się w sprawie referendum, to dziennikarz spytał mnie czy rozważamy scenariusz z referendum. Grzecznie odpowiedziałem, że nie wykluczamy, bo nie ma powodu, aby z góry wykluczać działania dopuszczane przepisami prawa. Niestety dla GW to brzmiało zbyt słabo, a więc z braku wykluczenia zrobiono poważne rozważania. A teraz podnosi się larum, że nie ...organizujemy referendum.

Nigdy też nie zamierzaliśmy straszyć prezydenta. A niby po co mielibyśmy to robić? Co miałoby z tego wynikać? R. Grobelny przestraszyłby się? Uciekłby do innego kraju? Rzekoma chęć straszenia prezydenta to nic więcej, jak nadinterpretacja dziennikarzy, którzy dziś robią Platformie Obywatelskiej zarzut z czegoś, co w ogólne nie miało miejsca.

Nieprawdą jest też, że nie wypowiadałem się publicznie w sprawie dyrektora POSiR. Mówiłem wielokrotnie i publicznie /również dziennikarzowi GW/, że nie może być tak, iż jedyną "ofiarą" błędów popełnionych przy budowie Stadionu Miejskiego będzie zwolniona z pracy sekretarka z POSiR-u. Widocznie dziennikarze GW słyszą to, czego się nie powiedziało, ale nie słyszą tego, czego nie chcą słyszeć /warto odsłuchać nagrania :-)/.

Tak wygląda "prawda" według, walczących o interes publiczny, komentatorów GW. A może skrót GW w Poznaniu trzeba odczytywać jako GAZETA WMAWIAJĄCA?

20:33, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 marca 2011
Przyjaciel Polski i Poznania

Bardzo się cieszę, że prezydenci Węgier i Polski spotkali się dziś w Poznaniu. Pal Schmitt to wypróbowany przyjaciel Polski i Poznania. Był przewodniczącym węgierskiej delegacji w naszej grupie politycznej w Parlamencie Europejskim. Zawsze mogliśmy liczyć na jego poparcie w sprawach ważnych dla Polski. Gdy poprosiłem go otwarcie w Brukseli wystawy o Poznańskim Czerwcu 1956 roku zgodził sie z entuzjazmem.

Na otwarciu wystawy 27 czerwca 2006 r. powiedział między innymi: As /.../ my fellow-Member, Filip Kaczmarek have said, the June events in Poznan provided a great inspiration to Hungarians who stood up in a heroic Revolution against their communist rulers and against the Soviet Union only 4 months later, in October. And we should also remember today the historic solidarity and friendship between our two countries. Throughout our tumultuous history, Poles and Hungarians have been friends for centuries. As the popular saying goes in both countries, "Polish - Hungarian, two friends, together they fight their battles and drink their wine." (lengyelül kiejtve: Polak - Wenger dwa bratanki, ido slabi, ido sklanki") And so it is our duty today to remember these historic similarities, to remember the strong solidarity between our nations, and to drink a glass of wine together to honour the memory of the heroes of 1956. 

Oprawę muzyczną uroczystości zapewnił zresztą węgierski zespół Sturcz Quartet z Budapesztu, który zagrał melodie polskie i węgierskie.

Na zdjęciu od prawej: Jozsef Szajer, Pal Schmitt, Grzegorz Ganowicz i ja

17:37, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
Pieniądze w błocie i darmowa antyreklama

Poznań ma wiele atutów i uroku. Niestety marketing miasta, jego promocja jest bardzo słaba, jeżeli nie beznadziejna. Miejscy urzędnicy, odpowiedzialni za promocję chwalą się, że miasto wspiera sektory kreatywne. Prawda jest taka, że oni sami podchodzą do swych obowiązków w sposób "kreatywny". Decydują się na uczestniczenie w projektach niezwykle dziwnych, śmiesznych, a czasami wręcz żenujących. Szkoda tylko, że za owe nieszczęśliwe próby płacimy olbrzymie kwoty. W ten sposób wszyscy razem płacimy za marketingowe buble.

Miasto Poznań zdecydowało się promować na przykład /za bodajże 600.000 złotych/ ...trawę na Stadionie Miejskim. Pamiętacie Państwo to mało życzliwe dla innych miast hasło - A nam rośnie trawa! Kilka miesięcy po tej "kreatywnej" akcji okazuje się, że trawa wcale nie rośnie, że trzeba było ją wielokrotnie zmieniać, dopłacać, doświetlać, wentylować itd. Poprawiło to wizerunek, wzmocniło markę? Nie, wręcz przeciwnie. Przyniosło wstyd i zażenowanie. Spin doktorzy Ryszarda Grobelnego zapomnieli o tym, że dobra promocja musi opierać na ...prawdzie. Inaczej to żadna promocja, tylko propaganda.

Równie kreatywne, a raczej autokompromitujące, są niektóre akcje promocyjne podejmowane na poziomie europejskim. Miasto wydało w ubiegłym roku kilkaset tysięcy złotych na promocję obejmującą m.in. akcję "Letnie obietnice". Firma, która wykonywała ten karkołomny projekt, zwróciła się do mnie o złożenie letniej obietnicy ...22 września. To się nazywa wyczucie czasu! Choć, trzeba przyznać, że formalnie był to ostatni dzień lata. Jeszcze lepsze jest to, że urzędnik miejski zapowiadał publiczne rozliczenie posłów do Parlamentu Europejskiego z rzekomych /niezłożonych/ obietnic już na początku ...sierpnia.

Inna historia. Miasto Poznań na całoroczne reklamy w wydawnictwach In Your Pocket wydaje 18 tys. złotych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wydawnictwo to wydało anglojęzyczny przewodnik po mieście, w którym „lokalnymi bohaterami” Poznania są między innymi ...naziści. Błędy się zdarzają, ale zaskakujące było tłumaczenie urzędników, po ujawnieniu tej wpadki przez dziennikarzy. Otóż brzmiało ono tak: To jest błąd, który popełniło wydawnictwo. Nie odpowiadamy za treść ,... Miasto wydaje zatem 18 tysięcy i nie wie, jak bardzo kontrowersyjna będzie treść zapisów o mieście Poznaniu.

Zasadniczym problemem miejskiej promocji są dwa zjawiska. Pierwsze polega na tym, że często jest to mniej lub bardziej ukryta promocja aktualnej władzy, a nie miasta jako takiego. Drugie zjawisko, które nie mogłoby występować w promocji biznesowej, to fakt, że przez całe lata nie mierzono skuteczności działań promocyjnych. Nawet nie próbowano tego robić. Jednym argumentem wyjaśniającym przyjęcie takiej postawy było to, że rezultaty promocji są trudne do zmierzenia. Czy to jest poznańska porządność, czy to jest gospodarne - wydawać wiele milionów złotych bez jakiejkolwiek wiedzy czy wydatki te mają sens? Nie - chyba, że tak naprawdę chodzi o inny sens niż przeciętnemu mieszkańcowi się wydaje. Wszystko wskazuje na to, że prawdziwym celem działań promocyjnych nie jest wcale promocja miasta. To tylko środek do osiągania innych celów. Byłoby miło gdyby władze miasta lub inne organy państwa ujawniły jakie cele są realizowane za pieniądze podatników.

Prezydent Grobelny obraża się na tych, którzy wytykają błędy popełnione przy budowie Stadionu Miejskiego. To przejaw filozofii działania sprzecznej z podstawowymi zasadami demokracji. Zresztą prezydent Poznania zdaje się nie rozumieć tych zasad. Prezydent nie jest prywatną osobą, nie wydaje prywatnych pieniędzy. Taka postawa władz to antyreklama miasta Poznania. Z tym, że ta antyreklama jest za darmo. Kibice i podatnicy mają pełne prawo pytać dlaczego trawa nie rośnie, dlaczego UEFA ogranicza liczbę widzów, dlaczego Stadion nie jest ubezpieczony, dlaczego jest brudny, dlaczego nie ma odpowiedniej ochrony, dlaczego zarabia na nim wiele osób i podmiotów, ale nie jego publiczny właściciel? Sporo ważnych pytań jak na obiekt, o którym powinniśmy według Ryszarda Grobelnego, milczeć.

 

17:12, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 lipca 2010
Dość Palikota!

Dość! Miara się przebrała. Głupoty, które opowiada poseł Palikot, są nie do przyjęcia. Szkodzą Paltformie i niszczą zycie publiczne w Polsce. Jutro zamierzam złożyć do Krajowego Sądu Koleżeńskiego wniosek o wykluczenie Janusza Palikota z szeregów PO.

21:32, kaczmarekfilip
Link Komentarze (27) »
środa, 30 czerwca 2010
Zastępcy Prezydenta Poznania!

Dziennikarze, radni i obserwatorzy polityki spekulują, kto może być zastępcą prezydenta Ryszarda Grobelnego, jeżeli zostanie on kandydatem PO na prezydenta miasta Poznania. Znam osobicie wszystkich obecnych zastępców prezydenta i muszę dodać, że znam ich dobrze. Tomka Kaysera poznałem ponad 20 lat temu, Jurka Stępnia chyba 19 lat temu, Mirka Kruszyńskiego około 10 lat, a Sławka Hinca co najmniej 4 lata temu. Znam ich zalety, styl pracy, osiągnięcia zawodowe,  wady i porażki. Najlepsze jest to, że odpowiedź na pytanie, który z wymienionych wyżej będzie mógł kontynuować swą misję w zarządzaniu miastem, jest banalnie prosta. Otóż wszyscy kandydaci na stanowisko zastępcy prezydenta miasta w wyborach samorządowych roku 2010 będą kandydatami zaakceptowanymi przez PO. Nie może być inaczej. Decyzja o zastosowaniu tego mechanizmu zapadła w chwili, gdy Ryszard Grobelny wstąpił do PO. Dzięki temu PO uzyskała wpływ na dobór kandydatów na zastępców, pochodzących nie tylko z jej szeregów, ale również na tych ewentualnych kandydatów, którzy pragną zachować swą osobistą bezpartyjność.  

00:02, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 czerwca 2010
Dobra wiadomość dla Poznaniaków. Nowy członek PO!

Ryszard Grobelny wstąpił niedawno do PO. To dobra wiadomość dla Poznaniaków. Wszystkich! Nie tylko tych, którzy głosowali na Ryszarda Grobelnego w ostatnich wyborach prezydenckich. Dlaczego? Otóż, dlatego że po raz pierwszy od wielu lat decyzje w sprawach kluczowych dla zarządzania miastem i jakości życia mieszkańców nie będą zapadały jednoosobowo.

Od lipca 2010 roku Platforma Obywatelska będzie wykonawczo współrządzić miastem Poznaniem, a nie tylko Radą Miasta. Nareszcie! Poznaniacy popierają PO.  Obecnie Poznaniacy mogą oczekiwać jednak również tego, że decyzje Prezydenta Miasta Poznania uzyskają wymiar wspólnotowy albo, mówiąc językiem filozofii, intersubiektywnie sprawdzalny. Co to znaczy? Do dziś to Prezydent mówił - tak ma być, od dziś Prezydent ma prawo i moralny obowiązek mówić - ja i PO mówimy - tak ma być. Jednak, aby dziś tak powiedzieć, musi mieć przekonanie, że dana decyzja jest popierana, przez najbardziej popularną partię w Poznaniu.  Nie wątpię, że ta zmiana jest korzystna dla mieszkańców Poznania i demokracji, jako modelu sprawowania rządów, na dodatek wymyślonego właśnie na potrzeby miasta.  Najlepsze jest to, że od razu widać pozytywne aspekty tej zmiany. Proszę tylko zwrócić uwagę na medialną i nie tylko medialną aktywność, zastępców Prezydenta Miasta w ostatnich dniach. To działania adresowane do PO. I dobrze, bo pokazują nowy, współzależny układ sił we władzach miasta.

23:13, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
Straszne! Grzegorz Napieralski strzelił sobie w stopę!

Grzegorz Napieralski strzelił sobie w stopę. I to publicznie. Zrobił właśnie historyczny błąd, nie określając jasno, na kogo jego wyborcy z pierwszej tury powinni głosować w turze drugiej. Każdy wyborca, który choć trochę interesuje się polityką, zdaje sobie sprawę, że koniunkturalizm SLD jest tak naprawdę zdradą tych, którzy zdają sobie sprawę z rzeczywistego oblicza PiS. Lewicowcy nie muszą lubić PO, ani Bronisława Komorowskiego, ale zapewne trudno im zaakceptować fakt, aby mogli zagłosować na kandydata partii takiej, jak PiS i pozostać zgodnym z własnym sumieniem. Napieralski nie zrozumiał, że w tym przypadku, decyzja nie ma charakteru taktycznego, tylko strategiczny. Źle to wróży przyszłości SLD, ale powiem szczerze - nie martwi mnie to zbytnio. Martwi mnie natomiast, że formacja, która ma duże aspiracje, patrzy w horyzoncie czasowym tak krótkim, jak dotychczasowa kariera jej nowego lidera.  

Lewicowość PiS jest faktem, ale chyba lewicowość SLD jest, mimo wszystko, bardziej integralna. Różnica polega na tym, że lewicowość PiS jest populistyczna, a lewicowość SLD ma jednak - mimo wszystko - charakter ideologiczny. W tym przypadku jest to atut dla SLD. I na tym właśnie polega problem - na kogo ma zagłosować prawdziwy lewicowiec? Jestem pewien, że nie zagłosuje na Kaczyńskiego, który stanowi ewidentne zagrożenie dla wolności. Ma też dość rządów BiN czyli bezprawia i niesprawiedliwości, bo poznał, jak wyglądają one w praktyce.

Z drugiej strony politycy PiS mówią publicznie mnóstwo bzdur, które powinny przekonać wyborców, jak wielkim absurdem jest głosowanie za kandydatem tej partii i prezesem PiS. Pani Jakubiak, atakując liberalizm, zapomina na przykład o swoim własnym życiu. Sam pamiętam, jak pracowała w gabinecie wicemarszałka Sejmu RP, wybranego z list Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Pani Elu - wstyd, po prostu wstyd!

22:19, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 czerwca 2010
Kłamstwa miłośników prawdy

Ilość słów o prawdzie, jaką wyrzucają z siebie zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego mogłaby sugerować, że prawda to wartość szczególnie dla nich ważna. Nic bardziej mylnego. Fałszywy wizerunek miłośników prawdy został bardzo osłabiony przez samego Jarosława Kaczyńskiego, który kłamliwie oczernia swych konkurentów. Dziś zostało to potwierdzone przez niezawisły sąd. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż niesprostowane kłamstwa ciągle zaśmiecają nasze życie publiczne. A do notorycznych kłamczuchów należy wielu działaczy PiS-u.

14:54, kaczmarekfilip
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 czerwca 2010
Lepiej późno niż wcale!

Cieszę się, że od dziś sala sesyjna Rady Miasta Poznania nosi imię zmarłego w zeszłym roku Wojciecha Szczęsnego Kaczmarka, prezydenta Poznania w latach 1990 - 1998. Cieszę się, bo proponowałem władzom Poznania uhonorowanie W. Sz. Kaczmarka poprzez nazwaniem Jego imieniem sali w Urzędzie Miasta ...ponad rok temu. Lepiej późno niż wcale. Choć oczywiście nikt nie zająknął się, że to była moja propozycja.

21:43, kaczmarekfilip
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2